wtorek, 22 kwietnia 2008

Histori. Ol perts.


Z góry uprzedzam i proszę mi wybaczyć, że się tak rozpisałam. Nie mogłam się powstrzymać. Po prostu kocham pisać.


I. "Jakie to ma ręce i nogi", czyli z czym będziemy to jeść.

Oficjalnie moja przygoda ze skoliozą zaczęła się, kiedy miałam ponad 8 lat.
Pamiętam tamten dzień dość wyraźnie, ale nie nadzwyczajnie, jak to z dzieciństwem bywa. Świeciło słońce, ptaki świergotały, ogółem, nic nie zwiastowało, by nadchodząca wizyta u ortopedy miała przynieść coś złego.
Mama zabrała mnie do lekarza, ponieważ po zielonej szkole (wiecie, taka wycieczka w podstawówce) bardzo śmignęłam w górę, o jakieś 7 czy 8 cm. Mama zauważyła u mnie płaskostopie. Lekarz dał mi skierowanie na RTG i pamiętam, jak po zobaczeniu zdjęcia mama bardzo się przejęła, ba, wręcz rozgniewała. Dzisiaj twierdzi, że absolutnie tego nie pamięta.
Ortopeda zalecił mi pływanie, to pływać zaczęłam. Pływałam, pływałam, pływałam... Początkowo korekcyjnie, potem już zawodowo; a to sukces w zawodach, a to pochwały za pamiętną wygraną w 50-metrowym dystansie stylem motylkowym, ciągłe zwycięstwa w podstawówce... Czyli, może nie jednym słowem, ale na pływanie i korekcję nie narzekałam :).
Dopiero w gimnazjum sobie uświadomiłam, że heloł!, coś tu nie grało. Początek przypadł na wakacje. Jeździłam z koleżanką na basen i jakoś zauważyłam swój cień na chodniku. Pomyślałam, że nie mam aż takiej złej talii, ale nieco zbladłam, jak dostrzegłam wcięcie po prawej stronie, a właściwie jego nieomal brak. Jednak, cóż, czy ja mogłam coś podejrzewać? Przecież tyle pływałam!
Kolejny rok szkolny zleciał, nie myślałam o kręgosłupie. Aż do wakacji. Wkurzało mnie płaskostopie: słońce waliło z siłą tarana bądź cuchnących jak piżmo perfum co po niektórych dziewcząt używających ich chyba w roli skunksiej wydzieliny, a ja nie mogłam nosić sandałów, bo nogę miałam koślawą niczym niedorobiony kaczor. Trochę zaczynały krępować mnie jazdy na rowerze. Wyczuwałam palcami, że mam garb po prawej stronie pleców i gdy koleżanka jechała za mną, czułam się niezręcznie. Ale wciąż nie przychodziło mi do głowy, że coś mogłoby być nie w porządku.
Jakim człowiek potrafi być głupolem, co nie?
W międzyczasie leczyłam się u... Ekhem, specjalistów. Najpierw lekarz wyrzucił mnie z poradni, bo nie chodziłam na ćwiczenia ogólnorozwojowe, gdyż mama mi je odradziła. „Bardziej szkodzą, niż leczą”. Następny specjalista: zero efektów. Jeszcze kolejny, prywaciarz, robił mi jakieś masaże, przestawiał coś w tych kościach, wstawałam i byłam prosta. Elegancko! Takiemu to się wierzyło. Dał mi dwa ćwiczenia po bodajże 15 powtórzeń, więc ćwiczyłam. Kiedy nie pomagały, poprosiłam go o sanatorium. Odparł mi ze swoim, dziś powiem, budzącym mdłości, przesłodzonym, kretyńskim uśmiechem:
- Ależ to jest niekonieczne! Ćwicz, co ci zaleciłem, a takie drobne skrzywienie odejdzie w zapomnienie!
Uwierzyłam mu. Brał dużo za wizytę. Musiał być dobry.
Nadeszła druga gimnazjum. W wakacje poleciało parę kilo, wiadomo. Pojawiły mi się bóle kręgosłupa. Składałam to na ciężar torby- niekiedy książki upychałam kolanem, zaś podczas pół godzinnej drogi do szkoły jej pasek boleśnie wżynał mi się w ramię. Ale, co tam, to normalne, skoro tyle nam ładują podręczników, prawda?- pocieszałam się.
Godziny spędzane przed komputerem, pływanie zaniedbane z powodu problemów zdrowotnych, gips na nodze po nowym roku, zwolnienie z lekcji wf-u. Zniechęciłam się, przestałam wykonywać ćwiczenia, bo skrzywienie wcale się nie cofało, wręcz zdawało się pogłębiać. Potem rozpoczęły się moje problemy z krążeniem. Pojechałam do szpitala, a tam zdjęcie RTG „wykazało” (jakby nie było go widać) mi skrzywienie kręgosłupa i lekarki traktowały mnie jak świra, czy ja oby tych zaburzeń nie mam przez ucisk na żyły czy cóś (ale nie, nie, okazało się, że to zupełnie odrębna sprawa), ale ja uparcie powtarzałam jak jakiś upiorny refren: „Bardzo dużo pływam, bardzo dużo ruchu, gdzie tam kręgosłup”.
Później wcale się nie poprawiło. Ból stale się nasilał. Ostry, przeszywający, zlokalizowany tuż po lewej stronie żeber, jakby ktoś dźgał mnie nożem albo kleszczami usiłował wyrwać mięsień. Nieraz wracałam ze szkoły z łzami w oczach. Pewnego dnia, gdzieś koło marca czy kwietnia 2007 roku, nie wytrzymałam.
Już w pierwszych klasach podstawówki koleżanki pytały się mnie, czy ja mam naprawdę tak krzywy kręgosłup, że aż "wypycha mi tyłek". Nadmierna lordoza lędźwiowa. Pewnego pięknego dnia 2007 roku jakieś dzieci bawiły się na końcu uliczki, obok której przechodziłam. Dziewczynka, może 8-letnia, wskazała mnie palcem i zaczęła przedrzeźniać. Wygięła kręgosłup w kaczy kuperek i demonstracyjnie przeszła kawałek, powłócząc nogami i rechocząc wniebogłosy, a ja chciałam zapaść się pod ziemię. Czułam się upokorzona, a nade wszystko cholernie smutna.
Szala się przeważyła. Postawiłam przed mamą sytuację: ja muszę iść do lekarza, porządnego lekarza, dłużej nie wytrzymam! Obie nie zdawałyśmy sobie sprawy z wagi problemu.
Tym razem udałyśmy się do ortopedy w innym mieście, ponoć bardzo dobrego. Na wstępie, jak się tylko rozebrałam i wykonałam skłon, zawołał, gdzie ja się podziewałam przez tyle lat.
... Leczyłam się, no.
Pomimo zdjęcia i TK w szpitalu miałam kolejne RTG. Nie widziałam go, mama odebrała je w swoim szpitalu i od razu poszła do ortopedy.
Nigdy nie zapomnę chwili, jak wróciła i z niecierpliwością zapytałam ją o wizytę. Pragnęłam z całych sił już zacząć coś ze sobą robić. Mama westchnęła i rzekła z rezygnacją:
- Już przed zdjęciem powiedział mi, że wyjściem jest tylko gorset albo operacja, ale nie chciałam ci o tym mówić, bo myślałam, że zdjęcie wykaże inaczej. Teraz wszystko jasne. Masz 38 i pół stopnia skrzywienia z rotacją.
Wtedy nie wiedziałam, co to wszystko oznacza. Byłam przerażona.

II. "Ślimak szuka nowej skorupki", czyli pierwsze 3 miesiące.

Mama pocieszyła mnie, że za tydzień znowu uda się do ortopedy i porozmawia z nim na temat ewentualnego leczenia i tylko w ostateczności zgodzi się na operację. Ja również byłam gotowa bronić się przed zabiegiem nogami i rękami.
Przez kolejny tydzień zżerały mnie strach i niepewność. Złościłam się i rozpaczałam, jak wielu, których to schorzenie dotknęło: dlaczego to akurat ja? Dlaczego teraz? I te de, i te pe, aż do znudzenia, ziew. Teraz już patrzę na to o wiele inaczej. Nikt na to nie zasłużył, ale komuś musiało się przytrafić.
W końcu usłyszałam upragniony werdykt. Czekał mnie gorset, operują od 41 stopni. Przepełniła mnie radość. Gorset brzmiał o wiele mniej strasznie niż zabieg, na dodatek to miał być rok, góra dwa, a potem czekała mnie wolność upojona piękną, bo prostą sylwetką...! Tak w każdym bądź razie myślałam.
Wizytę u pana robiącego gorsety miałam w połowie maja. Wykonano mi odlew, co jest trochę nieprzyjemne, bo gratisowo dostałam bolesną depilację ;P. Na myśl o założeniu gorsetu ogarniało mnie podniecenie. Ach, nareszcie...

Pierwszego czerwca 2007 na Dzień Dziecka dostałam niewątpliwie najbardziej dziwaczny prezent.
Dzień należał do tych jednych z najbardziej upalnych czerwcowych. Powietrze wewnątrz przedziału było rozgrzane, żar aż dławił w gardle. Myślałam, że się usmażę albo przykleję do siedzenia, a potem roztopię na kształt surowego naleśnika. Dodatkowo pociąg wlókł się w ślimaczym tempie... Mimo to wykrzesałam z siebie entuzjazm i z ożywieniem rozprawiałam z mamą o czekającym mnie przełomie w życiu. Wiedziałam już, że gorset nosi się 23 godziny na dobę, byłam kilka razy na ćwiczeniach rehabilitacyjnych, za jeszcze kilka zajęć miałam ćwiczyć sama w domu. Oglądałam swoje zdjęcie, trochę niemile „zaskoczona” wyglądem kręgosłupa. Mam skoliozę piersiowo-lędźwiową, w kształcie litery „C”.
Dopiero po wizycie u ortopedy naprawdę dostrzegłam swoją wadę. Okropny garb po prawej stronie pleców, kilkucentymetrową asymetrię barków, żebra wystające z jednej strony o dobre kilka centymetrów przeciwnie do garba i wystające łopatki. Tułów przechylał mi się w prawo- gdyby tak przyłożyć kątomierz i odmierzyć kąt od pionu- o jakieś 40-50 stopni, zaś lewa noga uciekała w bok o prawie drugie tyle. Prawego obojczyka nie było widać, zaś lewy koszmarnie wystawał. To jeszcze tylko bardziej mnie motywowało do działania.
Pierwszy raz, jak założyłam gorset i dociągnięto mi paski, dosłownie zaparło mi dech w piersi i nie umiałam nabrać powietrza. To w tym da się w ogóle poruszać?- przemknęło mi przez myśl. Nie umiałam sobie wyobrazić funkcjonowania w takim czymś. Pan dokonał jeszcze małych zmian i poradził, żebym nie zakładała gorsetu na drogę, bo się za bardzo umęczę- wszystko w domu, na spokojnie.
Mimo niemiłego pierwszego wrażenia całą drogę trajkotałam jak najęta. Mówiłam o gorsecie „przyjaciel”, a ludzie zerkali na to dziwactwo w reklamówce ze zdumieniem. Taak, wydawało mi się to sielanką...
W domu już po kilkudziesięciu minutach od przyodziania gorsetu dotarło do mnie, że wcale nie będzie tak kolorowo. Dosłownie wżynał się w pachy, ocierając skórę. Czułam się, jakbym połknęła kij od miotły i nałożono mi gorset nie plastikowy, a co 3-miesięczny, gipsowy. Z pewnością wszyscy tak pisali o swoich cielesnych przyjaciołach: twardy, niewygodny, potwór, zmuszający ciało do kapitulacji.
Już tego samego dnia wyszłam z koleżanką. Ubrałam się grubo, bo powietrze ochłodziło się na wieczór, więc mogłam jakoś siebie zataić. Nic nie zauważyła, choć mnie się zdawało, że poruszałam się z gracją sparaliżowanej kaczki. Dopiero potem jakoś zapytała, czy już mam gorset. Przeraziła się, gdy go pokazałam.
Pierwsze tygodnie należały do okropnych. Chodząc, płakałam z bólu. Kręgosłup dawał mi się we znaki co najmniej kilkanaście razy silniej niż przez włożeniem gorsetu. Pachy miałam wręcz poparzone, gdzie nie gdzie otarte do krwi. Z ulgą przyjmowałam ćwiczenia albo mycie się. Dałam radę, choć nawet mama zaczęła się zastanawiać, czy oby na pewno tak powinno być. Nie zadzwoniłam do lekarza, ani na sekundę nie zdjęłam przyjaciela.
W szkole dziewczyny również się przeraziły. Jedna wysnuła tezę, że bardzo schudłam, a to po prostu gorset mnie tak ścisnął. Cieszyłam się, że dobiegał koniec roku- podczas siedzenia strasznie bolały mnie plecy. Ogólnie, czułam się jak po brutalnym pobiciu i w trakcie bicia.
W wakacje wyjechałam z koleżanką. Z czterech wytrzymałam tylko 2 tygodnie. Dobiło mnie, że nie mogłam się kąpać w basenie, musiałam prosić o zakładanie butów, no i całe ciało pokryły mi poparzenia (jak w ponad 30-stopniowym upale trzeba mieć koszulkę, gorset i jeszcze koszulkę to nic dziwnego).
Strasznie schudłam, przez co przez 2 miesiące chodziłam w za luźnym gorsecie. Aż wstyd przyznać, ale popadałam w anoreksję, co mój przyjaciel niestety skutecznie zatajał. Dopiero wizyta w połowie sierpnia mną potrząsnęła. Ortopeda krzyczał, że nie noszę gorsetu, co to ma być i w ogóle- a ja po prostu nie umiałam nabrać powietrza tak, żeby to było widać! Z mojej własnej, nieprzymuszonej winy.
Pod koniec sierpnia dostałam nowy zestaw ćwiczeń i zrobiono mi RTG, tyle że pan rehabilitant już nie zdążył go zobaczyć i bazował na poprzednim. Ucieszyłam się, widząc, że na zdjęciu w gorsecie kręgosłup jest o wiele, o wiele prostszy. Odpalił mój motorek do mojego działania.
Po trzech miesiącach wreszcie nadszedł moment skrócenia gorsetu. Następny pan też się zdenerwował- jakby to rzec, jego praca tymczasowo poszła na marne. Gorset zwęził o 10 centymetrów, ściął znienawidzoną, górną część i poczułam się jak nowo narodzona.
... Na jakiś czas.

III. "Być kopanym i kopać", czyli sinusoidowo.

Szybko pojawił się u mnie okropny ból w lewym biodrze. Ciężko opisać, czy to kość, czy mięsień, po prostu ta bliżej nieokreślona część ciała zdawała się parzyć i... Hmm, coś jakby rwać. Po jakimś tygodniu, gdy już nie umiałam wysiedzieć na lekcji, jedynie przełykając łzy i nerwowo przebierając nogami, ponownie wybrałyśmy się do lekarza na jakąś poprawkę albo coś. Uroki leczenia- niekiedy jest gorsze niż sama choroba... Ale nie, to nie w imię mojego bloga, z chorobą walczyć trza! :).
Ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. Jadąc autobusem, chyboczącym się, rozklekotanym, zatłoczonym, ludzie tu, ludzie tam, gdzie się pchasz, dziewczyno, nie miałam gdzie usiąść, nogi się pode mną załamywały. W końcu dorwałam jakieś cudowne siedzenie przed starszą kobietą. Podczas wysiadki osiągnęłam już stan tak totalnego wymemłania, aż ta sama kobieta przepuściła mnie w drzwiach. A jednak ludzie potrafią być litościwi.
Z kolei w gabinecie dostałam takiego napadu bólu... Takiego... Że prawie straciłam przytomność. Nawet nie pamiętam, co się tak dokładnie działo. Po tym, jak zdjęłam gorset i pan zabrał go do korekty, widzę tylko jakieś urywki i białe plamy. Mama próbowała mnie uspokoić, podczas gdy ja miotałam się i skręcałam na podłodze, z całych sił wpijając paznokcie w skórę, byleby tylko nie krzyczeć. Chciałam wrzeszczeć, tak głośno, żeby chociaż trochę uśmierzyć to cierpienie, zagłuszyć je, po prostu wydzierać się jak obłąkana, nie wiem, po co, tak po prostu, żeby zniknąć, zapaść się pod ziemię, cokolwiek, jakkolwiek, ale szybko, byleby tylko nie rozdzierało mnie od wewnątrz. Jeśli sądziłam, że wcześniej biodro bolało mnie nie do zniesienia, to już nie umiem opisać tego, co przeżyłam wtedy. Odnosiłam wrażenie, że coś mnie rwie, mieli, szarpie na strzępy... Ten ogłuszający ból, oślepiające katusze... No, cóż, dotąd nie wiem, co to spowodowało.
Kiedy lekarz wszedł, jakoś udało mi się podczołgać na krzesło, zachować pewną świadomość, ale gdyby nie zauważył łez, byłby chyba ślepy, prawda? Coś tam się pytał, co się stało, ale ja nie umiałam wykrztusić ani słowa. Jedyne, co budzi we mnie rozbawienie, to pytania mamy, czy chcę tabletkę przeciwbólową. Tak, chciałam!, jakżeby inaczej, tyle że potwierdzić to umiałam tylko trzepotaniem rękami niczym wiatrak. Wyglądało to, jakbym ją uciszała. Ale mniejsza z tym.
Po dawce Ibupromu MAX i zimnych okładach w końcu napad powolutku osłabł. Symetrycznie do mojego biodro przyjaciela zostało wypchnięte, zaś prawe całkiem wykrojone. Stał się taki jakiś... lekki. Ja tylko leżałam na tylnym siedzeniu taksówki, wyzuta z sił. Już wiem, jak to będzie wyglądało po porodzie... Żart, żart, bardzo głupi, zresztą.
Już więcej nie doszło do podobnych incydentów, więc się nie bójcie. Pocieszę Was: to ja miałam i w sumie nadal mam pecha. Dolegliwości lubią się do mnie kleić, nie mówię jedynie o skoliozie (jak się zaczynają, to porządnie, ot co!), a nawet jeśli lubią kogoś z Was, jestem 1% ze 100%, które to spotka. Dlatego bądźcie spokojni. Nie będziecie musieli pytać: „Dlaczego to akurat ja?”, bo już za Was to odbębniłam. Dziękuję :).
A jeśli takie cholerstwo kogoś dopadnie, obiecuję, że osobiście skopię mu tyłek.

To dopiero początek optymizmu! (Nie jestem sarkastyczna, choć mogłam tak zabrzmieć! ;P).

Kolejna wizyta przyniosła wieeeeelką poprawę. Pan ortopeda po obejrzeniu zdjęć... Ee, dobra, nie powiem, czego oczekiwał, ale okazało się, że bez gorsetu skrzywienie zmniejszyło się o 10*, zaś w gorsecie wynosiło ok. 20*! Proszę pamiętać: od czerwca do września, 3 miesiące, w tym dwa z nich w luźnym gorsecie. Dziękuję, teraz możecie przestać klaskać ;).
U pleców urosły mi skrzydła, świetnie się ćwiczyło przez kolejne 3 miesiące. W marcu czekało mnie kontrolne zdjęcie. Pływałam, w miarę możliwości starałam się lekceważyć inne problemy zdrowotne i ćwiczyć w szkole, jednak jakże rozmaite zajęcia gry w siatkówkę skutecznie pomogły mi poprawić kondycję kręgosłupa, bo nie brałam w nich udziału...
Czułam, że dosłownie z tygodnia na tydzień grab się zmniejszał. Idylla. Podczas przerwy świątecznej, kiedy nie musiałam siedzieć, ciągle chodziłam, spacerowałam, żeby mięśnie chociaż troszkę pracowały. Wszystko szło świetnie.
Jednak po tygodniu w szkole się załamałam. Całe moje starania, poprawa, jaką osiągnęłam przez te cholerne, pieprzone miesiące- wszystko poszło się kochać. Garb wyskoczył, ciało zaś się przekrzywiło, jakby marionetkarz odciął sznurki. Nie mogłam spać, ryczałam. Wreszcie około północy wepchnęłam się do pokoju mamy, nie miałam komu innemu wyżalić się tak późno, zresztą, na co dzień też nikomu się nie zwierzałam. Wiem, sama jestem sobie winna, że wyglądam na taką, co dla mnie gorset jest jak seksowny top z Triumph’a, równie przyjemny, mimo że w rzeczywistości nie znoszę go z całego serducha (a potrafię solidnie nienawidzić, niestety) i zarazem nie mogę się bez niego obejść.
Tej nocy pragnęłam operacji. Ból do miesiąca, implant na stałe, co tam blizna, co tam rok bez ćwiczeń, jaki sens mają starania, skoro wystarczy jeden dzień i sukcesy pryskają jak bańki mydlane? Nic do mnie nie docierało. Nic. Na szczęście mama wie, że litość i porównywanie z gorszymi przypadkami jeszcze tylko bardziej mnie złoszczą; skuteczniej jest mną wstrząsnąć:
- Chcesz do końca życia nie móc skakać, nawet nie myśleć o jeździe konnej? Proszę bardzo, idź na operację- i tu się odwróciła do mnie plecami.
Dało mi to wiele do myślenia. Za to ją kocham.
Jak na ironię losu, akurat wypadła kolejna wizyta u ortopedy. Kręgosłup pokrzywiony, chociaż postarałam się nieco go podciągnąć. Poprawa już nie nastąpiła. Dowiedziałam się, że tak właściwie to poprawa miała już nie nastąpić. Już na samym początku chodziło tylko o zatrzymanie skoliozy. To było dla mnie brutalne, słowa lekarza chlastały jak noże. Gabinet, gorset, wszystko wydało mi się takie... głupie. Takie nieważne. Denne i kiczowate, beznadziejnie kiczowate. Jakbym dostała cios w twarz- albo wbito mi nóż w plecy. Po co się starać, gdzie sens?
Mama widziała, jak mną to wstrząsnęło. Próbowała mnie pocieszyć. Przyznała, że od pierwszej wizyty to wiedziała, jednak żywiła przekonanie, że i mnie lekarz o tym powiadomił. Wtedy dodatkowo poczułam się oszukana. Tak nie miało być... Miałam stanąć na 38,5 stopniach...
Ale po paru godzinach, po tylu wylanych łzach, po paru godzinach słuchania muzyki i tępego wpatrywania się w przestrzeń- solidnie puknęłam się w głowę. Gdzie twój entuzjazm, wola walki?! Co, facet tak powiedział i tak ma być? Akurat! Na tobie uczyli się lekarze, więc i on się nauczy, że reguła czyni wyjątki. Wyprostuję się, choćbym miała wymiotować i skamleć podczas tych ćwiczeń! Pokażę mu, o! Właśnie tak!



3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Powinnaś książki pisać. Nienawidzę czytać długich artykułów, a normalnie przeczyatłam całą notkę. Piszesz w bardzo interesujący sposób, opisujesz, tak, że łatwo sobie wszystko wyobrazić. Ja Ci współczuję tego bólu i w ogóle.
Moje gg jakbys przeczytała tego koma, bo pewnie go nie zauważysz :( 2650122

Agata pisze...

Och, kurczę, dzięki!
A jednak zauważyłam i jest mi... No, niezmieernie miło, że tak uważasz. Sama postrzegam swoje pisanie jako zwykłe grafomaństwo, po prostu nigdy nie mogę się oprzeć, żeby zamiast jednego zdania nie napisać pięciu i to poubieranych w słowa, czasami wręcz jakichś dzikich anakolutów :D Z GG skorzystam i jeszcze raz wielkie "dziękuję".

Izabela pisze...

Hej przeczytalam jednym tchem twoja historie, ale tylko pierwsza czesc...druga niechce si eotworzyc :-(